Byłem na stand-upie Abelarda Gizy i muszę powiedzieć, że mój brzuch do dziś ma urazę za te wszystkie ataki śmiechu. Abelard to nie człowiek – to maszyna do rozwalania publiczności żartami. Jego program to jak jazda bez trzymanki: raz lecisz w górę od śmiechu, potem w dół, bo ledwo łapiesz oddech, a potem znów w górę, bo nagle przypominasz sobie, jak tarzał się po scenie, udając… no, nie ważne, co udawał, ale było BARDZO śmiesznie. To nie jest stand-up, to jest olimpiada w rozśmieszaniu. A jego dykcja? TOP w Polsce! Jak on to robi, że nawet najdłuższe zdania brzmią jak rapowy freestyle? Geniusz po prostu.

Supporty, czyli Śliwka i Pietruszka, też nie zawiedli. Ich występy to jak rozgrzewka przed meczem – wiesz, że zaraz zacznie się prawdziwe show. Atmosfera była tak dobra, że nawet ściany zdawały się chichotać. Abelard, Śliwka i Pietruszka to trio, które powinno dostać własny serial na Netflixie. Albo przynajmniej własną grę planszową.

Jedyny minus? No cóż, czas. Występ minął tak szybko, że miałem wrażenie, jakbym wszedł na salę, a tu już trzeba wychodzić. Ale to chyba znak, że było dobrze, bo jak mówią: „czas leci, gdy się dobrze bawisz”. A ja się bawiłem tak dobrze, że mój zegarek się pogubił, a ja nawet nie zauważyłem, kiedy sala zaczęła wstawać z miejsc.

Jeśli macie okazję, biegnijcie na ten stand-up. Tylko szybko, bo bilety znikają szybciej niż ciasteczka na imprezie u cioci. Abelard Giza to nie artysta – to instytucja. A ja już nie mogę doczekać się kolejnego występu, bo mój brzuch potrzebuje kolejnej sesji śmiechoterapii. Polecam z całego serca, a mój brzuch poleca z całej swojej przepony!